Władysław Mazurkiewicz: Elegancki Morderca
"Czarujący, bogaty, bezwzględny. Historia 'Pięknego Władka', który zabijał z uśmiechem na ustach."
Kraków lat 50. Szary, stalinowski PRL. A na jego tle on – Władysław Mazurkiewicz. Zawsze w nienagannym garniturze, pachnący drogą wodą kolońską, jeżdżący luksusowym (jak na tamte czasy) Oplem. Nazywano go “Pięknym Władkiem”. Był duszą towarzystwa, bywalcem najlepszych lokali, przyjacielem sędziów i milicjantów. Nikt nie podejrzewał, że ten czarujący dżentelmen to zimnokrwisty morderca, który ma na sumieniu co najmniej 6 istnień ludzkich (choć podejrzewano go o 30).
Zbrodnia w Białych Rękawiczkach
Mazurkiewicz nie zabijał z żądzy krwi jak Tuchlin czy Kot. On zabijał dla pieniędzy. Z zimną kalkulacją. Jego ofiarami byli ludzie majętni, handlarze walutą, osoby posiadające złoto i dolary.
Zwabiał ich pod pretekstem intratnych interesów. Oferował pomoc w wymianie waluty, kupnie samochodu czy załatwieniu paszportu. Wywoził ich za miasto lub zapraszał do garażu, a potem strzelał w tył głowy z pistoletu Walther. Ciała ukrywał w swoim garażu (nawet zabetonował podłogę na zwłokach!) lub wrzucał do rzeki.
Jedną z jego najgłośniejszych metod było (rzekomo) częstowanie ofiar zatrutą kanapką z szynką i wódką z cyjankiem, choć udowodniono mu głównie zastrzelenia. Był też hazardzistą – pieniądze ofiar przegrywał w karty w jedną noc.
Nietykalny
Przez lata pozostawał bezkarny. Dlaczego? Mazurkiewicz miał szerokie plecy. Współpracował z Gestapo w czasie wojny (co mu wyciągnięto na procesie), a po wojnie prawdopodobnie z Urzędem Bezpieczeństwa. Był informatorem, szpiclem, człowiekiem do zadań specjalnych. Milicjanci bali się go ruszyć, a prokuratorzy umarzali sprawy. Posiadanie wpływowych znajomych i pieniędzy w skorumpowanym systemie PRL dawało mu immunitet.
Wpadł przez zuchwałość. We wrześniu 1955 roku postrzelił Stanisława Łopuszyńskiego w głowę. Kula jednak utknęła w czaszce (nie przebiła kości, ześliznęła się). Łopuszyński przeżył i… udał się do szpitala, myśląc, że to jakiś dziwny wypadek/zapaść, a dopiero lekarze znaleźli kulę! Ofiara początkowo bała się zeznawać przeciwko “Panu Władkowi”, ale w końcu sprawa ruszyła lawinowo.
Proces Stulecia
Proces Mazurkiewicza w 1956 roku był medialnym cyrkiem. Sala pękała w szwach. Mazurkiewicz zachowywał się jak gwiazda filmowa. Uśmiechał się do fotoreporterów, flirtował z kobietami na widowni, rzucał cyniczne uwagi. “Człowiek rodzi się po to, by umrzeć” – filozofował.
W jego obronie stawały zakochane fanki, które wysyłały listy z prośbą o ułaskawienie, twierdząc, że “taki elegancki pan nie mógł mordować”.
Sąd skazał go na karę śmierci. Wyrok wykonano 29 stycznia 1957 roku w krakowskim więzieniu przy ul. Montelupich. Do końca zachował fason. Jego ostatnie słowa miały brzmieć: “Do widzenia, panowie, niedługo się spotkamy tam, w górze…”.
Postać Mazurkiewicza stała się legendą miejską Krakowa. Był uosobieniem zła w eleganckim opakowaniu, dowodem na to, że morderca nie musi wyglądać jak bestia – może wyglądać jak twój najlepszy, bogaty przyjaciel.