Karol Kot: Wampir z Krakowa
"Maturzysta, który marzył o byciu katem. Pił krew, zabijał dzieci, a w szkole był wzorowym uczniem."
Kraków, połowa lat 60. Miasto żyje w strachu. Ktoś atakuje staruszki w kościołach. Ktoś rzuca nożami w plecy przechodniów. Ktoś próbuje otruć ludzi w barze. Sprawca jest nieuchwytny, a jego ataki wydają się chaotyczne, pozbawione motywu. Nikt nie podejrzewa, że za tym wszystkim stoi nastolatek z dobrej rodziny, uczeń technikum energetycznego – Karol Kot.
Narodziny Zła
Karol Kot nie był typowym seryjnym mordercą. Nie działał z pobudek seksualnych (jak Tuchlin czy Pękalski). Jego motywacją była czysta, nieskażona fascynacja śmiercią i cierpieniem. Już jako dziecko fascynował się rzeźnią. Odwiedzał ubojnie, pił ciepłą krew zwierząt, kolekcjonował noże. Marzył o byciu katem, komendantem obozu koncentracyjnego, kimś, kto ma władzę nad życiem i śmiercią.
W szkole był lubiany, inteligentny, udzielał się w kole strzeleckim. Nazywano go “Lolo”. Pod tą maską normalności krył się psychopata, który skrupulatnie planował swoje zbrodnie. Testował trucizny, uczył się anatomii, trenował rzucanie nożem.
Dwa Oblicza “Lolo”
Kot zaatakował po raz pierwszy we wrześniu 1964 roku, dźgając modlącą się w kościele staruszkę. Przeżyła, ale paraliż strachu padł na miasto. Potem była seria ataków, w tym zabójstwo 11-letniego Leszka Całka (zadał mu kilkanaście ciosów nożem) i Małgorzaty P.
Jego zuchwałość nie znała granic. Po morderstwach chodził na miejsca zbrodni, by “napawać się” widokiem krwi i policyjną krzątaniną. Czasem nawet rozmawiał z milicjantami, udając zainteresowanego przechodnia. “Cierpienie jest pięknem, a zadawanie cierpienia jest sztuką” – mówił później.
Wpadka przez… Maturę
Wpadł, bo zwierzył się koleżance, Danucie. Opowiedział jej o swoich czynach, traktując to jako formę imponowania. Dziewczyna początkowo nie uwierzyła, ale z czasem zaczęła łączyć fakty. Milicja aresztowała go tuż po zdaniu matury (którą napisał bardzo dobrze).
Podczas przesłuchań Kot nie tylko się przyznał, ale z dumą opowiadał o swoich “osiągnięciach”. Żałował tylko jednego – że zabił tak mało ludzi. Planował masowe trucie w krakowskich barach mlecznych i wysadzenie wiaduktu kolejowego. Biegli orzekli, że jest poczytalny, choć wykazuje cechy sadystyczne i psychopatyczne.
Wyrok
Proces Kota był sensacją. Obrońcy próbowali dowieść jego niepoczytalności, wskazując na guza mózgu (którego nie znaleziono) lub chorobę psychiczną. Sąd jednak nie miał litości. Karol Kot został skazany na karę śmierci.
Wyrok wykonano 16 maja 1968 roku. W ostatnich słowach nie wyraził skruchy. Do końca pozostał zimnym, wyrafinowanym mordercą. Jego postać do dziś fascynuje twórców kultury – powstał o nim film “Czerwony Pająk” (choć luźno oparty na faktach). Kot to dowód na to, że zło może czaić się w szkolnej ławce, pod postacią uśmiechniętego prymusa. Jego przypadek, podobnie jak Władysława Mazurkiewicza, pokazuje mroczną stronę “kulturalnego” Krakowa.